Znam ten scenariusz na pamięć, znam konsekwencje, a decyduję się wciąż na to samo idiotyczne rozwiązanie. A może tak ćmy znają swój los? Może tak panicznie obawiają się chłodu i ciemności, że wolą spłonąć w mgnieniu oka?
Wyjałowiona z wartości wegetacja trwająca sto lat jest mniej warta niż natchnione namiętnością życie piętnastolatka. Spójrzmy prawdzie w oczy; nie długość życia się liczy lecz jego jakość.
Wciąż dochodzę do tych samych wniosków, jednak w obliczu ukończenia dziewiętnastego roku życia zdałem sobie sprawę, że nawet herbatę parzę zawsze w ten sam sposób, tak samo wycieram nos i zacinam się z lękiem. Nic się nie zmienia choć zmienia się wszystko. I to diametralnie.
Stare lęki wracają. Wilki rozszarpią wreszcie swoja ofiarę. Może dlatego tak je uwielbiam. Może esteci się mylą, a turpizm nie jest z założenia zły? Może destrukcja może stać się sztuką, gdy złączy się z teatrem. Show must go on, a ja chwilowo siedzę w tym pociągu i nie zamierzam wyskakiwać. Chwilowo to zbyt nieopłacalne. Bo podświadomie czuję, że tli się we mnie nadzieja, że wszystko to, czego się wyparłem istniej gdzieś wewnątrz mnie, gotowe wzmocnić mnie lub zabić. Hah!
Nie mogę znieść spojrzenia Twoich oczu.
Jest mi przykro, że tak to się potoczyło.
Ale nie zamierzam się poświęcać, nigdy więcej.
Dorosłem, cholera...
Obudź mnie w lipcu, zliż śnieg z moich powiek...
Nie lubią tej piosenki, a mi...ona się podoba.
Tak, wokalistka także.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz