środa, 27 maja 2015

Ambiwalencja odpłaca w drobnych



Kuba zmarł nagle, choć chyba wszyscy byli na to przygotowani. Wtedy nie mogłem płakać. Zacisnąłem zęby, bo byli słabsi ode mnie, ci którymi musiałem się zaopiekować. Zostawiłem łzy na później. Zostały we mnie, a ja wciąż nie potrafię się z tym pogodzić, i nie potrafię zapomnieć.

To głęboko niesprawiedliwe i poruszające. Co muszą czuć rodzice? Jest w tym coś zdrożnego, głęboko niestosownego, nienaturalnego wręcz. Dzieci nie powinny umierać przed rodzicami. Nie tak, nie w ten sposób.

I choć była to gra na czas, walka o kolejne dni, to każdy miał nadzieje. W głowie każdego roiło się marzenie o cudzie. Każdy wierzył, że skoro żyje dziś, to nie zabraknie go jutro. Bo to...bo to by było nie fair! Bo przecież życie jest sprawiedliwe...

Coś we mnie pękło, moje jestestwo zbuntowało się przeciwko samemu istnieniu śmierci. Rozgoryczony napisałem do Justyny. "Pamiętasz tego chłopca chorego na raka, o którym wspominałem Ci u Chorośki? Zmarł dziś. Boga nie ma - potwierdzone info". Czysta, skrystalizowana nienawiść skierowana wobec ludzkiej naiwności - jednak wywołana bezradnym bólem. Jednak dopiero jej odpowiedź pozwoliła mi odetchnąć i zamyślić się. I zacisnąć zęby. "Lepiej żeby Bóg istniał. I żeby tam było mu lepiej niż tutaj"

Bo czy nie o to chodzi? O iluzje, która pozwoli nam pogodzić się z istotą świata? Wszystko jest nie tak jak powinno, ale to nie my ustalamy reguły gry.


Wczoraj byłem z ojcem na cmentarzu. Był dzień matki, odwiedziliśmy babcie. Mój wzrok przykuł nowy grób z czarnego marmuru, z białym cherubinem usadzonym przy zdjęciu zmarłej dwulatki. Na płycie białymi literami napisano te słowa:
                        "Jak wielki skarb skrywa ten grób
                         wie tylko mama, tata i bóg"




Za dużo ostatnio bezsensownej śmierci.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz